Tutoring, czyli trzecia droga

Pamiętam jak kilka lat temu rozpętał się szał coachigu. Jako osoba czuła na nowe trendy, natychmiast zapisałam się na studia coachingowe, oczywiście mając mgliste pojęcie o tym, o co właściwie chodzi, na diabła mi, prostej nauczycielce, cały ten coaching i do czego niby miałoby mi się to przydać w przyszłości. Cóż, najwyraźniej jakiś instynkt każe nam od czasu do czasu robić rzeczy z pozoru od tak zwanej czapy i zapisanie się na studia w Laboratorium Psychoedukacji i SWPS było właśnie taką rzeczą.

Jest takie piękne inspiracyjne przemówienie Steva Jobsa do studentów Uniwersytetu Stanforda. Jobs mówi między innymi o pozornie niezbornych, zaskakujących i dziwnych wyborach, które robimy w życiu, nie kierując się żadnym zmysłem praktycznym, żadną potrzebą doraźnej korzyści, ot tak, bo akurat mieliśmy na to ochotę. Zabawne, że gdy potem patrzymy wstecz, wszystkie te rzeczy układają się w regularny wzór, drogę , która z perspektywy czasu okazuje się zaskakująco konsekwentna. Nieodżałowany Steve nazwał to „łączeniem kropek”, jak na dziecinnych obrazkach, gdzie dopiero połączone punkty albo pokolorowane pola tworzą pełen obraz. Tak było ze mną i z coachingiem. Byłam nauczycielką od paru lat – nie najlepszą i nie najgorszą, ale nie traktowałam tego jako misji – owszem, lubiłam swoja pracę, przepadałam za dzieciakami i kolegami, ceniłam sobie dość swobodną i mało sformalizowaną atmosferę mojej szkoły, ale na pytanie bliższych i dalszych korporacyjnych znajomych odpowiadałam: „uczę w szkole” jakby cicho i mimochodem. I tak też byłam traktowana. Wiadomo: „Those who can-do, those who can’t – teach”.

Zaczęłam więc studia cochingowe trochę z ignorancji, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że słowo „coaching”, brzmi dużo bardziej seksi niż słowo „edukacja”. A w każdym razie tak mi się wtedy wydawało  Ani przez chwilę nie spodziewałam się, że oto rozpoczyna się największa przygoda w moim życiu i że przeżyję rok, który przeorze moją świadomość, przewróci do góry nogami wyobrażenia o sobie samej i pozwoli mi zrozumieć kim naprawdę jestem jako człowiek i jako nauczycielka. Nie będę rozpisywać się z detalami o tym, co działo się w ciągu tego roku, chcę tylko powiedzieć, że studia coachingowe, to nie tylko wiedza teoretyczna, narzędzia i techniki - to przede wszystkim głębokie doświadczenie siebie samego, stanięcie twarzą w twarz ze swoimi słabościami, ale też niesłychanie budujące uświadomienie sobie mocnych stron. Gdybym miała ująć to w jednym, zwięzłym zdaniu: w ciągu roku z coachingiem zburzyłam się, rozpadłam i odbudowałam od początku jako ktoś zupełnie inny. Brzmi mało zachęcająco, zwłaszcza pierwsza część, ale każdemu życzę takiego doświadczenia.

Jakkolwiek studia mnóstwo mi dały, po ich ukończeniu dalej nie do końca miałam na siebie pomysł. Wiedziałam już, że tradycyjna rola nauczyciela mi nie odpowiada, ale z jakiś powodów wiedziałam też, że „czysty” coaching nie jest dla mnie i że nie pociąga mnie komercyjna praca z klientami. Przeczuwałam, że jest jakaś trzecia droga, ale przez długie miesiące szukałam jej po omacku. Trochę to trwało, zanim znalazłam dokładnie to, czego szukałam. Moim świętym Graalem okazał się tutoring: indywidualna praca z młodymi ludźmi nad realizacją ich celów, rozwojowych i naukowych. Idealny mariaż między uczeniem a coachingiem. Tutoring, wbrew zagranicznej nazwie jest niczym innym, jak powrotem do korzeni edukacji, do relacji mistrz - uczeń, do otwartego, głębokiego kontaktu z drugim człowiekiem, do wspierania go w dążeniu do celu, ale i stawiania mu małych i większych wyzwań. Tutoring działa, bo musi działać. Koncentracja na człowieku, życzliwość i wsparcie zawsze prędzej czy później przynoszą owoce. Podobno nawet kwiaty doniczkowe rosną znacznie lepiej, kiedy się o nich myśli, podlewa i od czasu do czasu zasila.
Trwa ładowanie komentarzy...